Kup CD / EP / Kup Digital Sample
Numer katalogowy

ZOHAR 061-2

Data premiery



CD | EP |



ECHOES OF YUL w nowej odsłonie, po raz pierwszy w barwach Zoharum. Po dwóch albumach długogrających (‘Echoes of Yul’ /We Are All Pacinos/ oraz ‘Cold Ground’ /Avantgarde/) i jednym splicie czas na kolejną publikację, nietypową pod każdym względem.

Nie jest to album w pełnym tego słowa znaczeniu, stylistycznie mocno zróżnicowany, stanowiący efekt współpracy z wieloma artystami, nawet momentami z bardzo odległych rejonów twórczych…

‘Tether’ to EPka o rekordowym, jak na ten format czasie 78 minut muzyki! 4 premierowe utwory pełne ciężkich, wolnych riffów, zepsutych syntezatorów i ponurej dream-popowej atmosfery uzupełnione remiksami w wykonaniu: Different State, iconAclass (MCDalek), James Plotkin (OLD, Khanate), Maciek Szymczuk, Stendek, Steve Austin (Today is the Day). Wszystko zostało skompilowane przez autora tak, że mimo różnorodności stylistycznej, składa się na jeden spójny krążek z zaskakującymi zawrotami akcji.

Format: 6-panelowy ekopack


Murder the Future
The Message (Stendek Remix)
The Stand (James Plotkin Remix)
The Mission (The Message iconAclass Remix)
Cold Ground (Steve Austin Remix)
Last (EOY Version)
The Tenant (Maciek Szymczuk Remix)
Down Deal Load (Different State Deconstruction)


Heathen Harvest
The first track, ‘Rosids’, unfolds with an eerie impression, as if a horror soundtrack is about to greet its audience. Looking through the photographs of insect parts within the album’s inserts, I can’t help but conjure up associations with the infamous Silence of the Lambs film, but this vision doesn’t last long; soon, I find myself caught in a warring dialogue between doom metal and ambient soundscapes.
It was after this brazen collage that some of the most bizarre sound creations developed, yet I was soon surprised once more as the journey continued into a much less serious mood with a more accessible approach. These interwoven elements on ‘Guess’ are too lighthearted to define as metal, but they are certainly heavy in spirit. ‘Murder the Future’, besides being my favorite track on Tether, is a magnificent blend of guitar sound walls, droning base layers, and just the right amount of percussion. At a duration of almost nine minutes, it is even long enough to allow me to fall into a slight meditative trance. This is around the time that I realized that this 2014 release on Poland’s Zoharum imprint was intended as a mix of original songs and remixes. After three songs by Echoes of Yul, there are seven remixed tracks and a final original song in the end. These remixes add a strong rhythmic element to the album that wasn’t apparent prior. In some movements, the subtle electronics blend very well with the ambient soundscapes. Understandably, in others, these elements are dominant to the point of distraction. Yet, with every passing beat, I am reminded of just how diverse this record is while simultaneously retaining a core that is truly unique.
As it turns out, the biggest surprise of the album lurks within this core: between the first five tracks and the last five tracks, there is a rap song. Yes, there really is. ‘The Mission (The Message Ionalass Remix)’ is a very sudden departure from the atmosphere that was featured previously on Tether, and since I’m not familiar with the world of hip-hop, the track violently dragged me out of my meditative mood and left me confused.
In the second half of the record, things return to quieter levels but not without losing their wealth of interesting elements. At times, the music feels machine-like, even slightly hostile before returning to its lull of gentle and light textures. I’m particularly fond of the ninth track, ‘Last (EOY Version)—a lush, minimal piece of electronica.
Tether is essentially seventy-seven minutes of creative and playful music that changes its moods rapidly over the course of the album, and while it should mostly be seen as a collectible due to its fixation on remixes, it’s certainly worth tracking down for those who prefer their music have an eccentric character as its foundation.

Santa Sangre:
Although Zoharum defines “Tether” as an EP, the display on the CD player shows almost eighty minutes. I wonder if anyone already acceded to the Guinness Book of Records. Yet there’s only about twenty–five minutes of the very new music. The rest of the album is consisted of remixes. Prepared by intriguing guests to say the least, but only remixes…
The first two new tracks, “Rosids” and “Guess” are a straight line continuation of “Cold Ground” with all the attractions offered by that album. These are rather slow compositions, devoid of vocals in the traditional sense of the word. Doom riffs and drum rhythms wind up the foreground, ambient soundscapes combined with various types of electronic ornaments form the background. Note that “Guess” is painted with clearly brighter colors. Deprived of apocalyptic atmosphere, breathing with almost positive emotions. A bit reminiscent of “Last” from “Cold Ground”, although “Guess” is even more spacious. The third new offering, “Murder The Future”, with all these droning riffs and slightly surreal rhythm layers is simply awesome and it’s difficult to add anything more – the structures are more blurred and the atmosphere is taken straight out of a subtle nightmare. The fourth premiere composition, “Ecclesiastes”, is placed at the very end of the disc, which is totally understandable since such a dark ambient and quite minimal epilogue thrown somewhere in the middle of the album would have distorted its structure. The piece itself didn’t actually thrill me, but it’s nice to also witness this attitude on composing new sounds from Michal.
I already swore off remix albums a couple of times in the past, treating such time filling between full length albums as more or less subtle cadging. I don’t know what was Echoes Of Yul intention, and I won’t be particularly dwelling on the matter. The thing is that we have a couple of premiere songs on “Tether”, and for me they’re the main feature of the album. The remixes all in all turned out to be quite well prepared – most of the invited guests bring their personal contribution while maintaining the Yul spirit. James Plotkin did a great job, his interpretation of “The Stand” has gained on monumentalism – a trance journey through a 21st century Far East megalopolis. “The Mission” is surprising, by iconⒶclass, more widely known as as Dälek . Many may find the hip–hop parts disagreeable – I congratulate the courage. Michal also remixes himself in quite a cool way. In “Last” he left distorted, bass drones and on this foundation he now constructs a completely new, peaceful, somewhat abstract form.
Other remixes are simply all right. There’s no disgrace in the warm ambient created by Maciek Szymczuk (who slowly becomes a “Zoharum head remix man”) and Steve Austin ‘s dirty madness (Today Is The Day) or the deconstructions by Different State and Stendek, who proposes a slightly trip–hop form. Obviously I’d prefer a new full–length album by Echoes Of Yul, but as an aperitif “Tether” does the job. Apparently it foreshadows a tasty main dish, sometime in the future.

The Eye of Every Storm:
Najmocniejsze strony: Echoes of Yul to dziwaczny twór, jednak w bardzo pozytywnym znaczeniu tego słowa. Po obejrzeniu fantastycznie demonicznego trailera tej epki na youtube byłem bardzo entuzjastycznie nastawiony do nowej produkcji tego duetu i muszę przyznać, nie zawiodłem się. “Thether” składa się z jedenastu utwórów, z czego cztery są kompozycjami nowymi, a pozostałe to zbiór remiksów starszych kawałków. Słuchając tego krążka należy pamiętać o jednym: jest to muzyka nastawiona na stopniowe kreowanie atmosfery, próżno więc szukać w niej tradycyjnych struktur. Nie jest to jednakże post-rock. Echoes of Yul zahaczają o niego jedynie chwilami, ale “Tether” to płyta z pogranicza wielu gatunków, międy innymi słychać na niej ambient, industrial i muzykę elektroniczną, a zamknięte jest poniekąd w ramy ciężkiego, niemal metalowego trip-hopu. Różnorodność brzmień jest bardzo duża, szczególnie w przypadku nowych utworów.
O muzyce Echoes of Yul mówi się, że bardzo dobrze sprawdziwłaby się w charakterze soundtracku do fimów. Można się z tym zgodzić, szczególnie gdy mamy na myśli filmy w stylu Mulholland Drive, czy Zaginionej Autostrady. Bardzo możliwe, że w przypadku tego ostatniego “Tether” zrobiłby jeszcze lepsze wrażenie od oryginalnego podkładu. I faktycznie, chociaż utwory same w sobie nie posiadają tradycyjnej struktury, to opowiadają jakąś historię, a połączenie ich w logiczną całość nie sprawia większego problemu.
“Tether” jest muzycznie oparta na klimacie, więc zerknijmy na niego nieco bliżej. Ciężar, niepokojące plamy dźwiękowe (głównie elektroniczne), wrażenie zbliżającego się zagrożenia ze stony rzeczy, o których nie mówi się głośno… wszystko to jest na tej płycie i nie sprawia wrażenia taniochy i tandety, jak to często bywa w muzyce, która słuchacza próbuje na siłę przestraszyć czy zdołować. Muzycy EoY doskonale wiedzą, jakie proporcje muszą być zachowane, by osiągnąć ten właśnie filmowy efekt. Myślę, że świetnym pomysłem byłoby pociągnięcie dalej konceptu trailera do płyty. Gdyby całość otrzymała taką wizualizację, która nawiązywałaby obrazem do muzyki, całość byłaby produkcją unikalną i mocniejszą o całe jedno medium. Ten album aż prosi się o zekranizowanie, co samo w sobie jest oznaką jego wysokiego poziomu.
Dodatkowe pochwały należą się człowiekowi, który realizował tę płytę. Produkcja jest wyśmienita. Niekótym może przeszkadzać ziarnistość brzmień basowych, czy bardzo mocno podkreślone basy, jednak na płycie słychać, że jej ostateczne brzmienie jest efektem przemyślanej produkcji. “Tether” brzmi czasem jak orkierstra elektroniczna, a czasem jak zepsuty patefon i właśnie o to w tej płycie chodziło.
Najsłabsze strony: Chociaż atmosfera płyty jest dość jednolita, zdarzają się jednak niespodzianki, które wytrącają cały koncept z równowagi. Ciężko powiedzieć, że go psują, ale na pewno nie są przyjemnym dysonansem. Mam tu na myśli głównie zestawienie ze sobą nowych kompozycji i remiksów. Niestety wyraźnie słychać, że te dwie partie materiału nie pasują do siebie idealnie, tak jak przy takiej produkcji powinny. Oczywiście, wszystko zachowane jest w jednolitym brzmieniu, ale remiksy są… zbyt remiksowe, tzn. nacisk położony jest w nich na elektronikę w takim stopniu, że same zaczynają tworzyć odrębną od nowych utworów całość. Niektóre brzmienia elektroniczne zupełnie zmieniają charakter muzyki, przez co w różnych miejscach pojawiają się pasaże, które kompletnie nie pasują do ogólnego zamysłu płyty. Czy to przypadkowy efekt dźwiękowy, czy zaskakujące jak kropla deszczu za kołnierzem rapowanie (!), są to urozmacienia, które niekoniecznie dodają całości blasku. Wobec teog pojawia się pytanie, czy efekt koncowy nie byłby lepszy, gdyby “Tether” został wydany jako dwie osobne całości? Remiksy stanowią tutaj dodatek, który zdominował to wydawnictwo, a prawdziwa moc tego krążka nie znajduje się w nich, ale w nowych utworach. Świeżego materiału jest dość na osobną publikację, czy więc konieczne było upychanie ich razem z remiksami? Trzymając się porównania z filmem: jedna część tej płyty brzmi jak horror o ciemnych zakamarkach ludzkiej świadomości i to jescze w szponach demonów, druga zaś jak film o uzależnionym od heroiny (to będzie jasne po przesłuchaniu) seryjnym mordercy-chirurgu. Dwa dobre filmy osobno, razem ciut przekombinowane.
Słuchając płyty jednym ciągiem można też zastanawiać się, dlaczego nie popchnięto tego wszystkiego jeszcze dalej. Dlaczego jest tak mało głosu ludziego, który przecież mógłby jeszcze pogłębić atmosferę grozy? Wyobrażam sobie, jakby to wpłynęło na całość, gdyby co jakiś czas głos jak z wysłużonej płyty winylowej opowiadał o jakichś strasznych rzeczach…
Podsumowanie: “Tether” to zdecydowanie pozycja dla koneserów, nawet przy swoim niezbalansowaniu. Jest to płyta, którą można puścić sobie w oczekiwaniu na ważne wydarzenia życiowe, można stworzyć do niej amincję (i niech to ktoś zrobi!). Najogólniej mówiąc, ta płyta to świetny pomysł i bardzo dobra realizacja tegoż. Może i momentami gryzie w uszy “udziwnieniami”, ale patrząc całościowo jest to kolejny wyśmienity produkt polski, który zasługuje na uwagę. Ludziom z natury smutnym i fanom horrorów czy filmów psychologicznych z pewnością się spodoba. No i wielkie komplementy należą się chłopakom za wizualną stronę tej produkcji, bo naprawdę nieczęsto zdarza się, by okładka tak pasowała do treści.

T-Mobile Music:
Co prawda znajdziemy ich nazwę w “Encyclopaedia Metallum”, ale lepiej nie wyrabiać sobie na tej podstawie zdania, bo choć gitarowe riffy snują się tu dostojnie, pewne swej siły, to przeważa (i to zdecydowanie) elektronika. Niespieszna, mroczna, rozkochana w szumie i… bardzo, bardzo nastrojowa. A przy okazji niezwykle wciągająca. Skąd więc w tej układance hiphopowa niespodzianka? Ano stąd, że zespół postanowił oddać swą twórczość zaprzyjaźnionym muzykom do reinterpretacji. Doszło tym samym do cudownego rozmnożenia i pod szyldem czteroutworowej epki dostajemy tak naprawdę 11 kompozycji trwających aż 78 minut. Długo, ale warto poświęcić im tyle czasu.

Tras cuatro años de existencia y dos trabajos de larga duración, ha llegado la hora de que este dúo polaco vea editado su primer E.P. en el que se incluyen nada menos que once cortes, por lo que, aparentemente, de E.P. tiene más bien poco.
Sin embargo, a excepción de tres temas, todas sus composiciones son remixes de canciones anteriores. Estas son realizadas por los propios componentes o por otros colegas cercanos, como es el caso, por poner un ejemplo, del compositor de ambient y minimal Maciek Szymczuk, que remezcla su noveno corte, ‘The Tenant’.
Debido a esta variedad de artistas, el disco en su conjunto ofrece una heterogeneidad estilística sin parangón. En él se dan cita todo tipo de estilos, desde el experimental hasta el doom, pasando por el hip hop en temas como ‘The Mission’, donde el que el grupo iconAclass nos sorprende con una refrescante fusión de oscuridad y rimas.Otros estilos como el post-rock se nos presentan esfervescentes en temas como ‘Cold Ground’, remezclado por Steve Austin, más conocido por ser el frontman de Today Is The Day.
“Tether” resulta enriquecedor y sorprendente. Es como cruzar la jungla para llegar al desierto por medio de una puerta, todo en aproximadamente cinco minutos. El marcado contraste estilístico es su mejor apuesta. Un vaivén de impresiones que nunca satura y siempre sorprende.
Echoes of Yul – “Tether”Echoes of Yul cuentan con dos magníficos CDs en su corta carrera. Su estilo está marcado principalmente por el influjo del doom y del shoegaze; es por ello que este E.P puede desenfocar mucho al oyente si es el primer disco que se escucha de esta banda. Recordemos que debido a las numerosas colaboraciones, la temática y los estilos musicales que en él se presentan son increíblemente dispares. “Theter” ha sido publicado por la discográfica polaca Zoharum. Éste es el primer trabajo que les editan, ya que los dos discos anteriores fueron lanzados al mercado por sellos de menor tirada o especializados en estilos más metaleros, como es el caso de Avantgarde en segunda instancia, y We Are All Pacinos Records en primera.
La presentación de “Theter” es tan simple como elegante. Hablamos de un ecopack de seis paneles en cuya portada podemos apreciar una intrigante imagen compuesta por un rostro con una mariposa yuxtapuesta cuyos detalles emulan y complementan las partes de la cara que no se muestran en la composición.
“Theter” es un trabajo muy recomendable, puesto que su marcado eclecticismo acústico le hace llegar sin problema alguno a todo tipo de público. Hablamos de un disco que no entiende de fronteras ni de etiquetas, un trabajo que comprende y ofrece música de alta calidad.
Este E.P. ha sido limitado a tan solo 500 ejemplares. Por lo que recomendamos no perder la oportunidad de hacerse con él lo antes posible.

Heathen Harvest
A man stares at me from the cover of Echoes of Yul‘s Tether EP, his eyes obscured by the spots of a butterfly’s wings. Where will this winged creature of boundless sight lead me?
The first track, ‘Rosids’, unfolds with an eerie impression, as if a horror soundtrack is about to greet its audience. Looking through the photographs of insect parts within the album’s inserts, I can’t help but conjure up associations with the infamous Silence of the Lambs film, but this vision doesn’t last long; soon, I find myself caught in a warring dialogue between doom metal and ambient soundscapes.
It was after this brazen collage that some of the most bizarre sound creations developed, yet I was soon surprised once more as the journey continued into a much less serious mood with a more accessible approach. These interwoven elements on ‘Guess’ are too lighthearted to define as metal, but they are certainly heavy in spirit. ‘Murder the Future’, besides being my favorite track on Tether, is a magnificent blend of guitar sound walls, droning base layers, and just the right amount of percussion. At a duration of almost nine minutes, it is even long enough to allow me to fall into a slight meditative trance. This is around the time that I realized that this 2014 release on Poland’s Zoharum imprint was intended as a mix of original songs and remixes. After three songs by Echoes of Yul, there are seven remixed tracks and a final original song in the end. These remixes add a strong rhythmic element to the album that wasn’t apparent prior. In some movements, the subtle electronics blend very well with the ambient soundscapes. Understandably, in others, these elements are dominant to the point of distraction. Yet, with every passing beat, I am reminded of just how diverse this record is while simultaneously retaining a core that is truly unique.
As it turns out, the biggest surprise of the album lurks within this core: between the first five tracks and the last five tracks, there is a rap song. Yes, there really is. ‘The Mission (The Message Ionalass Remix)’ is a very sudden departure from the atmosphere that was featured previously on Tether, and since I’m not familiar with the world of hip-hop, the track violently dragged me out of my meditative mood and left me confused.
In the second half of the record, things return to quieter levels but not without losing their wealth of interesting elements. At times, the music feels machine-like, even slightly hostile before returning to its lull of gentle and light textures. I’m particularly fond of the ninth track, ‘Last (EOY Version)—a lush, minimal piece of electronica.
Tether is essentially seventy-seven minutes of creative and playful music that changes its moods rapidly over the course of the album, and while it should mostly be seen as a collectible due to its fixation on remixes, it’s certainly worth tracking down for those who prefer their music have an eccentric character as its foundation.Although the liner notes state that all tracks were “conceived as headphone music,” I much prefer these sounds to fill the room in all their glory. Reverberated guitar treatments envelop portions of the tracks, a similar effect to how the Sight Below might sound in more minimal terrain. The interplay with the background textures makes for a completely involving auditory experience.
The fifth piece on Glaciology, titled “Niekedy sa vracajú,” was originally released in shorter form on the Dronarivm-released cassette Tanec Rusaliek in 2013. It makes for a more sedated journey, with some wonderful interplay of minimal sound treatments and textures but with less of the organic approach to arrangement featured on the previous four tracks. Still, it is a lovely piece of music, andit carries the album through to a tranquil end.
Strom Noir’s Glaciology is a very strong release that brings a new approach to some of the glacial themes that have inspired many other artists in the ambient genre. Packaged in an attractive foldout sleeve featuring mountainous photos by Martin Matula, I would highly recommend seeking this out if your interests lie in finely composed, unhurried ambient music.
Echoes of Yul poznałem przy okazji premiery płyty “Cold Ground”. Ich specyficzne podejście do tematu grania dość szeroko pojętego doom rocka/metalu ze sporą dawką elektroniki od razu mnie kupiło. Teraz dostaję w ręce epkę “Tether”. Swoją drogą ładna mi epka – blisko 80 minut muzyki! Na tym wydawnictwie dostajemy cztery nowe kompozycje oraz kilka remiksów. Jak jest? Przede wszystkim różnorodnie. Dzieje się na tej płycie dużo, klimat choć non stop mroczny i tajemniczy to jednak zmienia się delikatnie wraz z kolejnymi utworami. Mamy więc zaserwowaną wycieczkę przez gatunki od doomowego brzmienia, do którego już nas panowie przyzwyczaili po nieco odmienne rejony jak trip hop. Ważne jest to, że przy całej różnorodności kompozycji Echoes of Yul i wachlarzu różnorodnych artystów, którzy podjęli się wykonania remiksów, wszystkie kawałki mają wspólny mianownik. Do tego materiału pewnie nie będę wracał tak często jak do “Cold Ground” czy “Echoes of Yul”, ale nadal nie mogę wyjść z podziwu jak tak wiele przeróżnych klimatów udało się połączyć w jeden spójny krążek. Jeśli nie mieliście do tej pory styczności z tym tworem to sięgnijcie po wcześniejsze nagrania duetu, epkę tę potraktowałbym zaś bardziej jako ciekawostkę dla fanów.

Were from Poland:
Nie cierpię wydawnictw z remiksami. Od kiedy zacząłem być na tyle dojrzały, aby poważnie traktować dobór swojej muzyki, uważałem wszelkiego rodzaju reinterpretacje oryginałów za zapychacze i zwyczajną stratę czasu.
Niestety na przełomie milleniów, kiedy przyszło mi dorastać, standardem stało się zamieszczanie różnorakich elektronicznych przeróbek na końcu rockowych i hip-hopowych albumów. Były to w większość rave’owo-industrialne bękarty wyrosłe na popularności The Prodigy i soundtracku do Matriksa. Całkowicie nonsensowne i zupełnie asłuchalne. Ta moda na szczęście przeminęła, a i ja zmieniłem się na tyle, aby uświadomić sobie, że nie wszystko co zremiksowane nadaje się wyłącznie na śmietnik. Pewien niesmak jednak pozostał. Nic więc dziwnego, że do nowego wydawnictwa Echoes Of Yul podchodziłem trochę jak pies do jeża.
Miło mi zatem ogłosić, iż się pozytywnie zaskoczyłem. I to pomimo świadomości, że charakter muzyki tworzonej przez Michała Śliwę, ojca tegoż projektu, sprzyja wszelkiego rodzaju przeróbkom. Przestrzenią, w której porusza się Echoes Of Yul jest bowiem drone i wszelkie jego pochodne. Nie spodziewajcie się jednak wyłącznie zatykających uszy, niskich dźwięków. Niespieszność i melodyczna repetycja to sól muzyki Ślązaka, ale obudowane są one przez bogate industrialne tło, mechaniczno-metalową dzikość i niemalże subtelną, ambientową swobodę. Skojarzenia wędrują bardziej w stronę twórczości Justina Broadricka niż mnichów z Sunn O))), ale ten zespół przemawia odmiennym, własnym językiem.
Tether to monstrualny mini album. Na siedemdziesiąt osiem minut muzyki składają się cztery autorskie kompozycje i siedem remiksów wykonanych przez najróżniejszych, często uznanych artystów. Na początek skupmy się więc na nowym materiale zespołu. Utwory Rosids i Guess kontynuują drogę obraną przez Śliwę na albumie Cold Ground. Zimny ambient przecinany jest tu eksplozjami gitarowego zgiełku, który rozpływa się powoli pośród miarowych, perkusyjnych rytmów. W stosunku do poprzedniego krążka atmosfera jest bardziej zagęszczona i raczej pozbawiona melancholii, dominującej wcześniej. Z kolei Murder The Future”to intensywny marsz w duchu bliskim The Angelic Process, aczkolwiek przefiltrowanym przez własny styl. Wieńczący zaś całość Ecclesiastes jest jedynie głuchym ambientem, brzmiącym na podobieństwo wiatru hulającego w katakumbach.
Remiksy, a raczej ich autorzy, przyprawiają zaś o prawdziwy zawrót głowy. Echoes Of Yul udało się bowiem namówić do współpracy wyjątkowe sławy. Mamy tu więc ojca drone, Jamesa Plotkina, który kruszył ściany swoimi gitarami w OLD, Khanate i Scorn. Jest i IconAclass, pod którym to pseudonimem ukrywa się MC Dalek, z legendarnego duetu Dalek, pionierów hip-hopowej awangardy ze Stanów. Przeróbki podjął się także zgryźliwy Steve Austin, lider sludgecore’owych tytanów z Today is The Day. To jednak zaledwie wisienki na wyjątkowo smacznym torcie.
Pomimo sporego rozstrzału stylistycznego (mamy tu hip-hop, industrię czy czysty ambient) całość sprawia wrażenie jednolitego założenia artystycznego. Trudno mi powiedzieć dlaczego. Być może remikserzy chcieli podkreślić charakter muzyki, którą dekonstruowali, zachowując jej najważniejsze muzyczne pierwiastki, a być może to korzeń muzyki Echoes Of Yul okazał się na tyle silny, że nawet intensywna obróbka nie pozwoliła na jego deformację. Bez względu na powód, muszę przyznać, że zamysł się udał. Całość wciąga i stanowi intrygująca zapowiedź dalszych losów twórczych Michała Śliwy, który może teraz powędrować ze swą muzyką dokądkolwiek. Jest to też żywy dowód na to, że dobra muzyka może rodzić się także w kraju nad Wisłą i stanowić inspirację nawet dla tych „wielkich zza oceanu”.
PS. Komu zaś będzie mało tych niemal osiemdziesięciu minut, tego zapraszam do wysłuchania kolejnej premierowej kompozycji Echoes Of Yul, którą znajdziecie na kompilacji Cold Wind is a Promise of Storm, przygotowanej przez portal PostRockPL. [zeno]

On the evidence presented by Tether, Echoes of Yul would seem to like to serve their acid-fried variety of rock deeply strange, with a side order of frazzled. When the opening chords of “Rosids” have subsided into a string-dripping delayscape, and samples mutter about “Triggered echoes of flashbacks” it’s evident that there’s some serious stoner rock about to kick in, and hard. Which it does, as “Guess” gets nice and weirdly heavy, but not in the way which might be expected; yes, there are riffs, sustained chords and scratchy guitar skronk, but they are delivered with a decidedly angular bent. When the drums do crash and lurch aboard, whatever instrument(s) make that heaving sound brings nothing so much as an asthma attack to mind, all motion stalled and wheezing in an almost overpowering physical assault.
If there was any one word to sum up Tether then, it’d probably be diverse. The segues between crunchy riffing and over-use of echo effects (if such a thing is really possible) and passages of darkly ambient atmospherics are handled deftly if without too much concern for the niceties of conventional rock and roll album structure. There are only four tracks performed entirely by the band, the remaining seven having been handed over to a variety of remixers (including themselves in starkly beautiful form on the surprisingly twangy “Last”) well-known or otherwise for onward deconstruction.
Which sort of behaviour edges Echoes of Yul into post-rock territory more than a more conventionally four-to-the-floor approach; and is to be applauded. This means that in the languorous murmurs of “Ecclesiastes” or when “Murder The Future” goes off on dubby tangents before dissolving into looping scurries and droning feedback, there’s something of the late Nineties and early Zeroes about their sound, though not of the Tortoise jazz-inflected variety. All of which makes it altogether unsurprising that Stendek‘s “The Message” heaves with a doomy downtempo hiphop beat slathered with layers of circling simmer like it could have been included on Kevin Martin‘s (of Techno Animal, The Bug, King Midas Sound, etc) seminal 1994 Ambient 4: Isolationism collection. Likewise, when the same source material gets an iconAclass makeover as “The Mission,” his heavily-effected mordant flow could have easily graced Martin’s Macro Dub Infection series, though Dälek have long perfected their own take on bleakly pessimistic rap iconography.
Bleak could apply just as well to James Plotkin‘s crackly splatterfest “The Stand” too for that matter, the drums sounding like smacked oildrums disappearing into a gathering ice storm, the bass brought up to gut-churning levels as the riffs grind with the uncaring inevitability of a blind idiot god. While not nearly as crushingly evil as Plotkin’s band Khanate would be, it comes close; and there’s plenty to make the listener check their intestinal fortitude as squittering sounds engender some decidedly unwholesome sensations.
Steve Austin‘s “Cold Ground” lets the effects do their thing, squeezing every last delay and reverb out of the soundscape in a miasmic grind through arrhythmia which keeps a sludgy beating heart lurking at its core. Maciek Szymczuk takes “The Tenant” on a vapour-trail flight in slow motion, while “Down Deal Load” finds Different State deconstructing matters into a slew of echoplexed vibrato and reverberating percussion which develops into pleasant orchestral electronica.
All of which makes Tether a singularly worthwhile way to bend the ears, rarely standing still long enough to be pinned down and an excellent example of how to include remixes at the core of an album as a form of grand collaboration.

Lange Zeit habe ich nicht mehr so eine verrückte Platte gehört und „verrückt“ ist hier vollumfänglich positiv gemeint. Da sind zum einen die „echten“ Songs von Echoes Of Yul. Das polnische Duo, über das sich nicht viele Informationen finden lässt, bringt auf dieser Scheibe vier neue Stücke zu Gehör: Eine wilde, energetische Mischung aus Doom und Post Rock, aufgewertet mit Samples und elektronischen Einschüben. Harte, kraftvoll-langsame Gitarrenriffs, ein markantes Schlagzeug, düstere, leicht melancholische Atmosphären; hier kann sich der Hörer in einer selbstständigen Klangwelt treiben lassen ohne gelangweilt zu sein.
Wer sich darüber beschwert, dass die meisten Bands nur immer wieder ihre einmal gefundenen Wege beschreiten, dem wird diese Platte besondere Freude bereiten, denn Echoes Of Yul haben ihre Werke in die Hände von Kollegen gegeben und Different State, iconAclass (MCDälek), James Plotkin (OLD, Khanate), Maciek Szymczuk, Stendek sowie Steve Austin (Today is the Day), drehen die Stücke gekonnt durch den Wolf; wobei quasi das gesamte musikalische Spektrum abgebildet wird. Die doomigen Stücke werden mit club-tauglichen Beats, HipHop-Einlagen, Trip-Hop und Synthies kombiniert, wobei dies wieder Erwarten stets ein stimmiges Bild ergibt. Allerdings ist hier anzumerken, dass bei manchen Aufarbeitungen nicht mehr viel vom Original übrig geblieben ist. Alles in allem jedoch ein recht angenehmes Stück Musik, das vom Label Zoharum zudem in einer feinen Verpackung angeboten wird.
Das Album “Tether” und weitere Werke von Echoes Of Yul könnt Ihr bei Bandcamp anhören.

Son of Flies:
Gli ECHOES OF YUL non arrestano la loro pachidermica evoluzione e, l’EP confezionato ne è un esempio tangibile, una straordinaria manciata di brani inediti (4 per l’esattezza) + dei remix affidati a degli artisti che hanno amplificato la già consolidata vitalità di alcuni vecchi pezzi. Sono convinto che arriverete a comprendere perché tutto questo abbia un senso preciso e logico, ma ciò avverrà solo dopo aver attraversato le barriere dell’apparenza. La musica dei due polacchi concede una visuale sconfinata, accentuata dalla complessità del tessuto sonoro. Bello poter ascoltare come la personalità eclettica degli Echoes of Yul si esprima in tutta la sua abbagliante spontaneità e, pur servendosi di momenti ostici, non ha mai avuto bisogno di orpelli ornamentali (lo avevano dimostrato nel bellissimo album precedente “Cold Ground” – 2012). Mi colpisce come nonostante il passo in avanti, i due musicisti artefici del progetto non abbiano perso la propria apertura mentale e sopratutto l’identità che li ha contraddistinti nell’underground musicale. E’ naturale pensare che per ottenere grandi risultati non c’è bisogno di “reinventare” se stessi ogni volta, è sufficiente cambiare solo il modo di lavorare e attingere a differenti fonti di ispirazione. Questo gli Echoes of Yul lo sanno molto bene! Si, perché il duo dell’Est Europa non fa l’errore di altri gruppi, cioè quello di suonare sempre il medesimo disco, dopo aver assimilato da che parte spostarsi per ottenere maggiore pubblico. Se amate l’arte vera miscelata in musica cercate di approfondire presto questo gruppo. Ne vale davvero la pena. Immensi come pochi. Grandi ECHOES OF YUL!

Geometry of Sounds:
Trzeba przyznać, że na nowe wydawnictwo Echoes Of Yul nie musieliśmy czekać zbyt długo. Wydany 12 stycznia zeszłego roku „Cold Ground” zebrał generalnie pozytywne opinie (moją, raczej umiarkowanie optymistyczną, możecie przeczytać TUTAJ), natomiast teraz, praktycznie równo rok po premierze wspomnianego albumu, do naszych rąk trafia „Tether”.
Oficjalnie, mamy do czynienia z EP, jednak praktycznie rzecz biorąc słuchacz powinien przygotować się na ponad 76 minut muzyki. Fakt, tylko cztery utwory są premierowe i tak naprawdę to one właśnie będą nas najbardziej interesować, ale i wśród remiksów stanowiących pozostałą część płyty znajdzie się parę interesujących rzeczy.
Mocnymi punktami „Tether” są otwierające „Rosids” i „Guess”. Pierwszy utrzymany w znanym stylu, zawierający odpowiednią dawkę mroku i ciężaru, podparty samplami i lawirujący na granicy drone’u, ambientu i industrialu. W drugim znajdzie się więcej przestrzeni i hm… chyba nawet melodii, choć oczywiście nie zapomniano o pożądanych przesterach i zgrzytach. Nie wiem, na ile jest to syndrom pewnej zmiany wizerunku, a na ile tylko zwykły eksperyment, ale złagodzenie gęstej i mrocznej atmosfery oraz wspomniane dodanie większej przestrzeni wprowadza nieco świeżości, choć z drugiej strony, to właśnie za ten duszny klimat pokochaliśmy debiut Echoes Of Yul. „Murder The Future” to monotonny, snujący się drone, który wraz z ambientowym „Ecclesiastes”, na dobrą sprawę wnosi bardzo niewiele.
Teraz króciutko o remiksach. Najbardziej w uszy rzuca się „The Mission”, w którym znajduje się trochę rapowania iconAclass. Rozumiem, że do czynienia mamy ze zbiorem remiksów, ale wydaje mi się, że taki zabieg w znaczącym stopniu burzy harmonię i charakter tej płyty. Można powiedzieć, że ten rap zaskoczył mnie tak, jak zima polską kolej i, niestety, chyba równie nieprzyjemnie. Na szczęście większa część remiksów trzyma całkiem niezły poziom; na wyróżnienie zasługują zwłaszcza „The Stand” ze świetną, noise’ową końcówką oraz „Down Deal Load” (basy dosłownie trzęsły biurkiem), jednak najlepszy jest „Last”, który oprócz solidnego, ambientowego fundamentu, intryguje quasi-orientalnym motywem.
Nie odkryję Ameryki jeśli stwierdzę, że muzyka Echoes Of Yul idealnie nadaje się na filmowy soundtrack. „Tether”, z wyraźniejszym ambientowym charakterem, ma ku temu jeszcze większe predyspozycje. Jednak nawet bez obrazów (ewentualnie przy pomocy tych tworzonych w głowie) najnowsze dokonanie EOY to interesująca pozycja, intrygująca zarówno premierowymi kompozycjami (prawdę mówiąc, mam na myśli tylko „Rosids” i „Guess”), jak i niezłymi remiksami. Zdarzają się dłużyzny czy niepotrzebne rozwiązania, ale wszystko wynagradza pełen mroku klimat niczym z dobrego, psychologicznego horroru. Płyta zdecydowanie dla odważnych, którzy nie boją się ukrytego w tych dźwiękach zła. Ba, dodam więcej – nawet, gdy ucichły już ostatnie nuty zamykającego „Ecclesiastes”, jeszcze przez dłuższą chwilę czułem ciarki na plecach. Chyba o to chodziło, prawda?

Produzione anomala per la Zoharum, che per l’occasione mette da parte la ben nota sperimentazione post-industriale per prendersi cura di un giovane progetto polacco con all’attivo due album ampiamente apprezzati da un pubblico trasversale. Gli Echoes Of Yul sono fautori di uno stile incrociato che vede il punto focale in un doom denso, basato su riff chitarristici imponenti, commistionati a basi sintetiche che creano un substrato ambientale battuto da percussioni oscure di matrice post-rock. “Tether” è quasi una celebrazione della band, strutturato su soli quattro inediti affiancati da ben sette rivisitazioni di altrettanti autori alle prese con ‘vecchi’ pezzi del duo. Nonostante i singoli progetti si approccino in modo diverso al sound degli Echoes Of Yul, permane in tutto il lavoro un’elevatissima qualità tecnico-artistica che riesce a dare valore anche alle interpretazioni più inaspettate. La palma del pezzo più curioso spetta sicuramente al remix degli Iconaclass, a metà tra rap e hip-hop, modaiolo quanto basta. Per contro il glitch oscuro, arricchito da rumori e para-orchestrazioni, giostrato da Different State suona quasi come un classico se accostato ai riff battuti da percussioni roboanti di James Plotkin e Steve Austin, i primi più aderenti al proprio percorso personale, i secondi stilisticamente vicini ai brani d’origine. Magnetica la prova del semi-sconosciuto Stendek, che mantiene – come altri – l’impianto rock e ritmico variandolo con una dose massiccia di elementi elettronici. Maciek Szymczuk, raffinato cesellatore di toni ambientali, piega verso il minimalismo astrale alla Steve Roach reinventando “The Tenant” con un gioco a togliere. Chiude la carrellata un remix degli stessi Echoes Of Yul, che ripercorrono sé stessi amplificando la carica post-rock di “Last”. L’effetto finale è quello di un album percorso da venature diverse: la linea principale, dettata dalla band polacca, annulla l’effetto compilation in favore di un grande affresco tonale dotato di una macrostruttura uniforme. Un disco molto più affabile e diretto di quanto si possa pensare. Bella anche la confezione in digisleeve ‘ecopak’ a sei pannelli.

Brutal Rsonance:
What a pleasant surprise, Echoes of Yul are back and this time with the material which is worth of 75 minutes running time! Got acquainted with the band accidentally around a year ago, I put my eye on it because of the highest level of musical creativity and an advance approach towards experimentation with different genres. Exploring mostly guitar driven soundscapes, those Poland based resident didn’t stop on just jerking out some heavy riffs trying to look alike well know formations, but showed his own unique face through breaking boundaries, establishing their own sound. With this new release wrapped into the name “Tether”, he brings a kind of a long EP with four original new tracks and a set of remixes from the recognizable names on electronic experimental scene which contribute from their vision of how the music of EOY could sound if some different techniques had been used to operate with their themes.
Though releasing the previous full album on Avantgarde records enabled a communication with a wider auditory, I felt that the material didn’t fit exactly into the format of metal oriented label even presenting guitar based music. The new EP sees the light on Zoharum, the label which is more suitable for the content of their creative power, maybe even paying the price of less CD sales. Anyhow, this talented guy continues to explore the fusion of many genres, from drone ambient towards post, psychedelic and progressive rock and many others.
The album starts with “Rosids” which flows smoothly into “Guess” forming one long track that captures every possible corners of my imagination with images of cloudy and mysterious mood. EOY presents everything that I loved so much from their previous CD – ultra heavy slow guitar, light atmosphere and a dense structure of different effects. The third original track “Murder the Future” brings a whole specter of delights with the massiveness and density of slowly moving drones similar to classics of good old Troum. A really monumental approach, I enjoyed each and every second of that track that kept me hypnotized, torn out of time and space continuum.
With entering the section of remixes, the guitars started to play a less significant role being more rhythm dictating than atmosphere organizing factor. And this is not a surprise; don’t forget that we are talking here about the remixes of electronics oriented artists rather than metal droning fellas. “The Stand (James Plotkin remix)” is a great example of such a shift where a highly atmospheric background moves forward guided by a slight touch of a heavy guitar.
“The Mission (The Message Iconaclass remix)” hits with a kind of a cold shower in the middle of a strong meditative mood. Though I am aware of the extremely deep social background of rap and its basic protest form, I remain the hostage of my prejudgment towards this style and its image that was created by mass media and entertainment industry. Even when continuing the same rhythm of previous tracks, this one just kicks me out with its total disconnection from the form of slowly moving drones. Sorry mates, but I was left completely confused, it didn’t work at least for me, maybe somebody will find a hidden message in that move.
Steve Austin’s remix of “Cold Ground” returns our guys on track and form of industrial oriented experiments keeping me alive with waves of hypnosis. While being a transformation of original tracks, the melody and spirit was kept untouched in most of the compositions and they remain recognizable without too much effort. “Last” and “The Tenant” are redesigned to be much lighter and slower than the originals, setting a slightly different standard of mood and sensual experience. “Down Deal Load (Different State Deconstruction)” finishes the set of remixes with a sonic and airy structure which reminds a little bit of the ambient pieces from The Young Gods. Meantime, the short, pure electronic ambient track “Ecclesiastes” ends up the long story with a quiet atmosphere full of relaxation, but also with a soft touch of mystery.
I feel that it is obvious that “Tether” has a clear message: nobody stays indifferent and untouched. Despite some mismatches with a rap oriented track, all the rest show a solid rock of a true atmospheric music that knows no limitations or genre constrains. Special props go to the band for the track “Murder the Future” that succeed in erasing my personality and rebuilding it with a visions of this murdered future together with a lot of pleasure from the process. Though I am not the biggest fan of albums based on remixes, this one definitely has it’s own face and shows a really diverse material. In my opinion, this EP is the “must have” for all the fans of non-conformist and open-minded approach towards the music creation process.

Mit ‘Tether‘ steht die vierte Veröffentlichung des polnischen Ein-Mann-Projekts ECHOES OF YUL an. Nach zwei LPs und einer Split liegt ‘Tether‘ jetzt irgendwo dazwischen. 78 Minuten, vier eigene Songs, sieben Remixe – das sind die Kenndaten, die ‘Tether‘ gleichzeitig zur EP und zur LP machen.  Diese Formalie deutet es bereits an: das Album lässt sich kaum einordnen. Und das gilt eins zu eins für die Musik von ECHOES OF YUL. Irgendwo zwischen Metal, Post Rock, Ambient, Noise und Drone. Immer offen für Experimente. Das kann man sicherlich richtig schlecht finden. Aber eben auch richtig gut …
Der Opener ‘Rosids‘ zeigt die Richtung des Albums an. Diese Redewendung kann jetzt aber nicht in dem selben Sinne verstanden, wie sie sonst verwendet wird (also im Sinne von: kennst du ein Lied, kennst du alle). Hat man ‘Rosids’ gehört, kann man nur ungefähr extrapolieren, wie oft man auf ‘Tether‘ Überraschungen antreffen wird. Es klingt etwas nach Sci-Fi-Horror-Soundtrack – vielleicht eines der ganz wenigen Charakteristika, die sich sogar durch das ganze Album ziehen. Dann geht es über in Riffs, die nach Sludge klingen, aber auch schnell wieder auslaufen und in schräge Synthesizer-Klänge umgewandelt werden. Dann kommt eine Stimme aus dem Nichts und spricht von Epilepsie und mit einer Kehrtwende nimmt der Song noch einmal richtig Fahrt auf. Das liest sich extrem heterogen, klingt aber in Realität erstaunlich gleichmäßig. Die Änderungen innerhalb des Stücks sind eindeutig qualitativ, wirken aber nicht übermäßig abrupt. Wie gesagt, ‘Rosids‘ kann als Beispiel für das verstanden werden, was man auf ‘Tether’ zu erwarten hat. Am meisten sollte man aber erwarten, immer wieder überrascht zu werden. Und das ist, bezogen auf die vielen aktuellen Veröffentlichungen, die Überraschung missen lassen, eine echte Rarität.
Hinter ‘Tether‘ steht irgendwie ein Konzept – kaum greifbar, aber durch den verrückten Flow des Albums fühlbar und durch das sehr schöne Artwork auch sichtbar. Ich kann das Konzept nicht benennen; bin mir nicht mal sicher, ob ich eine grobe Vorstellung entwickelt habe, was das Konzept sein sollte. Aber durch das Gehörte bin ich wirklich sicher, dass da irgendwo eines sein muss und es nur darauf wartet, von mir entschlüsselt zu werden. Das zehnte Lied heißt im Zusatz ‘Different State Deconstruction’, das Cover zeigt einen Schmetterling vor den Augen eines Mannes, der Rest des Artworks zeigt Teile dieses Schmetterlings. Das könnte der Schlüssel sein.
‘Tether’ ist eine wirklich beeindruckende Veröffentlichung. Kaum einzuordnen, gleichzeitig mit rotem Faden und ohne. Ein paradoxes Album, aber gerade dadurch wertvoll. ECHOES OF YUL sollte man auf dem Schirm haben. Wenn nicht, sollte man wenigstens genau wissen, warum nicht.

Dark Entries:
Echoes of Yul doet mogelijk enkele klokken rinkelen bij liefhebbers van logge, donkere, trage metalmuziek. Dit is niet meteen het favoriete genre van ondergetekende maar deze specifieke band wist wel reeds de aandacht te trekken met net iets originelere synthgeluiden dan gebruikelijk in het genre en referenteert af en toe aan klassieke industriële muziek.
Deze release werd geconcipieerd als een ep: 4 nieuwe tracks en 7 remixen. Het is heel aangenaam dat elk project een ander nummer remixt en bovendien kiest uit de hele backcatalogue van Echoes of Yul en niet enkel de 4 nieuwe tracks door de mangel haalt. Dit, en de knappe volgorde van de tracks, zorgt ervoor dat dit werk als een volwaardige cd mag worden beschouwd.
Starten doen we met drie eigen tracks. Rosid bijt de spits af met ambiente doom. Een postrocksfeer is nooit ver weg en door de synths krijg je een heerlijk open symfonisch gevoel zonder dat het
ooit potsierlijk wordt. Guess vangt dan weer aan met een (iets te) klassieke doommetal riff. De elektronische geluiden geven er echter een apart gevoel aan. De opbouw is erg goed en slaagt erin om je compleet mee te sleuren in de betere afgrond. Murder the future begint diep en drony en ik vermoed dat er een strijker in het spel is. De drums klinken heel dof en elektronisch.
Het geheel verdrinkt echter in LoFi geruis, daardoor is de opbouw minder duidelijk. De track klokt af op bijna 9 minuten en dat is mogelijk toch net iets te veel van het goede. Stendek mag The Message remixen en doet dit op hippe downtempo, licht glitchy manier: U weet wel, haperende hihats en zo. Geslaagd!
The stand wordt onder handen genomen door James Plotkin. Alweer krijgen we een killerremix waarin gefilterde en overstuurde gebitcrushte drums aandachtshoer van dienst zijn. Prachtig atmosferisch tussenstuk ook. Immense sound!
De The Message Iconaclass Remix van The Mission brengt ons het meest onverwachte luik van de cd. We krijgen donkere hip hop voorgeschoteld, inclusief diepe raps. Doet een beetje aan oude grime denken, hip hop voor zwartjassen. Erg origineel in dit genre en drijvend op een lekker agressieve vibe.
Steve Austin verwekte een logge lawaaierige versie van Cold Ground waarin doffe drums met een korte delay een belangrijke rol opeisen. Een subtiele donkere synthpad brengt de sfeer op topniveau. Het geheel doet erg claustrofobisch aan. Last krijgen we in de Eoy versie. Hier wordt duchtig geëxperimenteerd met lichte toonbuigingen en modulatie. Een oriëntaals gevoel is het vanzelfsprekende gevolg. Ik voel me even in een rokerig lokaal medio jaren ’90. Een trage sludgeversie van Transglobal Underground. De track krijgt als epiloog nog een fantastische melodische opbouw mee.
Maciek Szymczuk neemt The Tenant onder handen. We krijgen typische maar erg geslaagde diepe ambient voorgeschoteld die zijn atmosfeer net zo goed uit de drone en het mantra als uit de mooie synthlijnen haalt. Doordachte en geslaagde remix.
Down Deal Load werd geremixt door Marek X. Marchoff en kreeg als ondertitel Different State Deconstruction. Veel deconstructie krijgen we niet, wel erg mooie ambient met een postrockgitaar die er zich een weg doorheen baant. Het duurt even, maar uiteindelijk kent ook deze track een mooie apotheose met knappe complexe elektronische drums die subtiel de mix verrijken.
U las in het begin iets over 4 nieuwe tracks en telde er vooralsnog nog maar 3? Dat klopt. De laatste, Ecclesiastes, is er nog eentje van Echoes of Yul pur sang. Deze ambientdrone met subtiele interrupties

Sięgając po Tether spojrzałem do archiwum tekstów i trochę się przeraziłem. Stałem się takim małym „popupowym” monopolistą jeśli chodzi o pisanie o dokonaniach Echoes Of Yul. Co tym razem, rok od wydania Cold Ground, proponuje Michał Śliwa? Otóż dostajemy wypasioną EPkę z remiksami i czterema nowymi utworami. To wydawnictwo ponownie nie daje mi spokoju i niechętnie opuszcza odtwarzacz. Na początek nowy materiał. „Rosids” i „Guess” świetnie drążą melodiami w niespiesznym, elektroniczno-ambientowym podkładzie, podbitym bębnami. Mechaniczny i pełen podskórnego niepokoju „Murder The Future” przetacza się w walcowatym tempie, a zamykający płytę, pięciominutowy „Ecclesiastes” to podróż przez nerwowy minimalizm, skrywający się w odmętach czerni. Łącznie mamy ponad 24 minuty nowego materiału i mogę śmiało stwierdzić, że forma Echoes Of Yul pozostaje nadal na bardzo wysokim poziomie.
Druga część materiału to remiksy przygotowane specjalnie na to wydawnictwo. Jestem dość sceptyczny w porównywaniu i analizowaniu przerobionego nagrania względem autorskiej wersji. Na pewno liczy się indywidualne podejście do formy, użycie elementów nieprzewidywalnych, ale i tych charakterystycznych na co dzień dla danego twórcy remiksu. Co ważne, każdemu z zaproszonych gości udało się to osiągnąć. Interpretacji kawałków Echoes Of Yul podjęli się choćby James Plotkin (odpowiedzialny na mastering poprzednich wydawnictw), krajowi weterani z Different State, czy Steve Austin z Today Is The Day. Materiał wydaje się, mimo swojej bardzo bujnej objętości, nad wyraz spójny i wciągający. Ciekawostką jest też „Last” w interpretacji Echoes Of Yul, pełen rozedrganego tła i delikatnych odgłosów gitary.

Violence on line:
Nie ukrywam, że instytucji remiksów nie lubię i bywa, że w ogóle nie zainteresuję się z takimi wydawnictwami nawet, jeśli tworzywem są nagrania artystów, których cenię. Twórczości Echoes of Yul kibicuję szczerze od lat, tym bardziej więc obawiałem się starcia z „Tether”, wydawnictwem zbierającym nowe utwory autorskie oraz kilka remiksów właśnie (głownie z ubiegłorocznego albumu Cold Ground), a wszystko to w lekko przerażającym wymiarze czasowym 76 minut… A jednak – Echoes of Yul kocham i rozumiem, Echoes of Yul zjechać nie umiem. Jeśli już wydawać takie kolosy i bawić się w sampli cięcie, to lepiej się tego zrobić nie dało.
Gdybym był tekściarzem zespołu The Analogs, dopisałbym do piosenki „Era Techno” zwrotkę o tym, co myślę nieszczęsnym mezaliansie metalu i techno w latach 90. Sukces The Prodigy obrodził doklejanymi do reedycji, EPek i soundtracków podłościami lepiącymi sample z gitarowych riffów z tanim trance’m, tendencyjnym drum’n’bassem i jungle’owym patatajem. Gdybym słuchał wtedy więcej Billa Laswella niż Slayer pewnie widziałbym to inaczej, ale los chciał, że soundsystemy mały Bartek znał z teorii, a remiks był nibytanecznym zapychaczem kompaktu, który na lata skutecznie obrzydził mi ideę produkcyjnej zabawy cudzym utworem. Dziś na szczęście potrafię docenić takie materiały jak „Tether”, które są nie tylko zapisem ciekawego dialogu artystycznego między dostarczycielem surowca a rzeźbiarzem, ale i zwyczajnie zawierają dobrą, angażującą uwagę muzykę. Część remiksową otwiera nieco tendencyjny, witchouse’owy twór Stendecka, a potem jest coraz lepiej. Moc radości dostarcza ciężki transior Jamesa Plotkina, technoambientowy (a’la stare Autechre) relaksator Different State i mozolny drone/dub Steve’a Austina z Today Is The Day. Natomiast obiekty niszczą niepozorne, ale bardzo klimatyczne ambientowe interpretacje w wykonaniu Maćka Szymczuka i samego Echoes of Yul, oraz mój prywatny hit – IconAclass, który przerabia próbki „The Mission” na pełnoprawny hiphopowy utwór z repertuaru nieodżałowanego Dälek.
Jest wreszcie „zasadnicza” część „Tether”, czyli cztery autorskie utwory Echoes of Yul, w tymeoy1 zamykająca album impresja „Ecclesiastes”. Przyznam, że po kierunku obranym na „Cold Ground” i „fanowskiej” korespondencji z Michałem spodziewałem się raczej pójścia w klimaty w stylu rzeczonego outro, czyli muzykę otoczenia bez wyrazistych motywów melodycznych. Na moje ucho trzy nowe numery to najmocniejsza, najbardziej gitarowa rzecz, jaką Echoes of Yul popełnił w swoim dorobku. Ciężkie, transowe riffy osadzone na samplach i transowym rytmie mogą kojarzyć się z wczesnymi nagraniami Jesu („HeartAche”), ale więcej tu niepokoju niż stonowanego klimatu z „Cold Ground”. Jeśli tamta płyta była soundtrackiem do nocnej jazdy arterią miejskiego molocha, to „Tether” jest przerwą w podróży na kontemplację gdańskiej rafinerii, katowickich blokowisk i kominów elektrowni Turów – widoków pięknych jak zachód słońca w górach, choć mało kto to dostrzega.
Wbrew pozorom „Tether” spokojnie można rozpatrywać w kategoriach „spójności”, bo nawet, jeśli rozstrzał stylistyczny utworów jest dość szeroki, to wszystkie splata duszna, gęsta atmosfera, transowość i kreatywność nie ograniczona szufladkową formułą. Echoes of Yul wyrósł na projekt absolutnie wolny od uwarunkowań gatunkowych, idący nawet nie w poprzek co gdzieś obok trendów i podporządkowujący formę myśli twórczej, a nie na odwrót. 76 minut spędzone z jedną płytą nie musi być drogą przez mękę, remiks nie musi brzmieć jak Skrillex, a niepozorny projekt z Polski może nagrać materiał tak inspirujący, że starczyłoby na dwa albumy Ulver i trzy single Jesu. Podarujcie sobie odrobinę luksusu.

Echoes Of Yul jest ciekawym przypadkiem na polskiej scenie podziemnej. Bez większej promocji ani wpieprzania jako support się na każdy możliwy koncert bardzo mocno zaznaczyli na niej swoją obecność. Uważam wprawdzie, że twórczość tego duetu wciąż pozostaje niedoceniona, ale nie oszukujmy się – muzyka z rejonów doom/drone na pewno nie jest dla każdego. W każdym razie po dwóch bardzo udanych płytach opolski duet powraca z nową EP-ką czy raczej kompilacją, bo zawiera ona ponad 75 muzyki, w której w skład wchodzą 4 nowe kawałki i 7 remiksów. Nowy materiał to kolejny krok do przodu dla zespołu. Wciąż jest to przede wszystkim instrumentalny, atmosferyczny drone/doom metal, który łączy w sobie elektroniczne tła z wyrazistymi riffami w coraz bardziej dojrzały i wyrafinowany sposób. Na integracji tych dwóch elementów polega zresztą fenomen tego zespołu – to nie tła dograne do riffów ani gitarowe wstawki dodane do dronowego buczenia. Tu wszystko stanowi jedną, zwartą całość. Jeśli kolejny materiał będzie stał na tym samym poziomie co te 4 numery to kupuje go w ciemno. Pozostała część płyty to remiksy utworów znanych z poprzednich wydawnictw, ale jakie! Panowie z Echoes Of Yul zaprosili do współpracy nie byle kogo, bo oprócz uznanych artystów z naszego pięknego kraju (Different State czy Maciej Szymczuk, autor rewelacyjnego Clouds) ich numery na warsztat wzięli Steve Austin (Today Is The Day), James Plotkin (ex-O.L.D./Khanate i wiele innych) czy MC Dälek (Dälek ). Każdy z nich brzmi zawodowo i, co najważniejsze, od nowych utworów nie odstaje ani brzmieniem ani klimatem. Gdybym nie wiedział, że Tether to swego rodzaju kompilacja to pewnie bym się nie domyślił. Dlatego też jeśli ktoś nie wie od czego zacząć swoją przygodę z tym nietuzinkowym zespołem to na początek proponuje właśnie opisywany materiał. Obiecuję, że się nie zawiedziecie, bo to naprawdę światowy poziom. Bardzo mocna pozycja i naprawdę zapomnijcie o tym, że technicznie rzecz biorąc jest to jedynie EP-ka.

Poprzednie wydawnictwo Echoes Of Yul zatytułowane „Cold Ground” zrobiło na mnie duże wrażenie. Album został bardzo dobrze przyjęty przez fanów, także w jego recenzjach nie brakowało dobrego słowa. Nie ukrywam, że jestem miło zaskoczony, iż Michał Śliwa zawitał po raz pierwszy w progi płodnego Zoharum.
“Tether” nie jest klasycznym albumem, a EPką o niespotykanej długości, prawie osiemdziesięciu minut. Nietypowe wydawnictwo zawiera 4 zupełnie nowe utwory oraz remiksy starszych utworów autorstwa: Stendek , James Plotkin (OLD, Khanate), iconAclass (MCDalek), Steve Austin (Today is the Day), Maciek Szymczuk i Different State.
Muszę się przyznać, że gdy zobaczyłem zapowiedź płyty na youtube udostępniony przez wydawcę mocno się rozochociłem. Przyjemne uczucia towarzyszą mi również podczas słuchania całego krążka. Pierwszy numer to mroczny ciężki walec z wolnymi gitarowymi riffami i przytłaczającym nastrojem. W ”Guess” pojawiają się bardziej wyczuwalne melodie i nastrój wydaje być się mniej posępny, szczególnie w zakończeniu. Także, tutaj prym wiedzie gitara. Trójkę, czyli „Murder The Future” na pewno trzeba słuchać bardzo głośno by poczuć dobitnie jego gęstą atmosferę, kolejny świetny ciężki utwór. Końcówka to ciekawie brzmiący duszno-ambientowy „Ecclesiastes”.
Moim zdaniem artyści, którzy wzięli na warsztat utwory Echoes Of Yul także stanęli na wysokość zadania. Nie jestem fanem remiksów, ale podoba mi się to, że pomimo sporego stylistycznego rozstrzału niespodziewanie dla mnie wszyscy stworzyli jedną poszukującą całość. Wiem, że dla wielu taka różnorodność będzie wadą, nie raz w przeszłości miewałem takie odczucie podczas słuchania wielu płyt. Ale tutaj zwyczajnie mnie wzięło i nie chce odejść. Nie będę Wam psuł zabawy i szczegółowo się rozpisywał, ale gwarantuje, że nie będziecie się nudzić. Niewiele jest płyty, które trwają tak długo a ja słucham ich od początku do końca. Tutaj zdarza mi się przesłuchać całość i z uśmiechem na twarzy wcisnąć przycisk repeat. Polecam fanom kreatywnych dźwięków.

Only Good Music:
Tether” to emancypacja dysonansu i arsenał nowoczesności, który występuje w muzyce Echoes Of Yul pospołu z tradycyjnymi metodami kształtowania materii dźwiękowej i stwarza bryły muzyki przedziwne i niepodobne do innych.
Nowy mini album  Echoes Of Yul przynosi cztery premierowe kompozycje oraz szereg remiksów przygotowanych przez znakomitych gości. Pomimo takiej struktury panuje tu subtelna ciągłość, nie zaś schematyczna racjonalność. Twórczo ułożony harmonogram utworów odrzuca statyczność i swój wysiłek kieruje na strukturę dynamiczną, nieregularną i ruchomą.
Premierowe kompozycje są logicznie zbudowane, co oczywiste cierpkie w harmonice, ale przejmujące w wyrazie (chyba najbardziej utwór “Guess”). Powolne gitarowe riffy oraz pasma elektroniki współistnieją obok niemal tradycyjnych struktur melodycznych, jednak tylko częściowo integrują rozbity ciąg mas dźwiękowych.
Autorskie wersje zaproszonych gości nie ograniczają się do popularnego przed laty “utanecznienia” oryginałów. Wręcz przeciwnie, są to kreacje zasługujące na miano samodzielnych utworów. Brak tu respektu dla konstrukcji utworu, czy jego pierwotnego przebiegu czasowego. Zdarza się, że zaraz po pierwszych taktach muzyka autor remiksu podąża już własną drogą, potem przez chwilę wędruje w ślad za oryginałem, znowu zbacza z drogi, powraca do pierwowzoru, ponownie go zostawia, uzupełnia i nie dba o to, czy jego transkrypcja będzie o połowę krótsza czy dłuższa. Nie uczy się od oryginału, ale raczej go swymi poprawkami osądza. Takie działanie sprawia, że mini albumy takie jak “Tether” mają artystyczny sens.

Mroczna Strefa / Puszka Pandory:
Z lekka się zdziwiłem, gdy przeczytałem wieść, że nowe wydawnictwo ECHOES OF YUL wychodzi w barwach Zoharum. Oczywiście ta formacja nie jest typowo przynależna do żadnej konkretnej sceny, czy to metalu, czy post-metalu, czy post rocka, jednak zaciekawiło mnie przede wszystkim to, że raczej do tej pory nie sięgająca po takie dźwięki firma zdecydowała się wypuścić krążek formacji znanej właśnie przede wszystkim w kręgach fanów takich stylistyk. Do tego „Tether” (pewnie z przyczyn prawno-formalnych) nie jest pełnym albumem, a epką, która jednak zasadniczo ma kształt i nade wszystko długość czasową odpowiadającą pełnowymiarowemu wydawnictwu. Jak by nie patrzeć, to około 78 (!) minut muzyki, a że gro materiału to remiksy, to faktycznie można by się zastanawiać jak tu odczytać intencje zespołu i wydawcy. Ale mniejsza z tym! Na pierwszy rzut idą tutaj nowe utwory ECHOES OF YUL, które podążają w stronę eksperymentalizmu i dziwności jak się patrzy. W „Rosids” jest odrobina industrialno – post-rockowych gitar, ambientowe plamy dźwiękowe, kosmiczna i lekko senna aura, trochę bardziej zwyczajnych i dziwacznych głosów oraz odgłosów i noise’owo – awangardowe dźwięki w końcówce, a „Guess” to taka mikstura ciężkich gitar, różnych smaczków i eteryczności, miejscami dość rytmiczna i sprawiająca wrażenie, że to prawie normalny utwór. Zaskakuje on jednak po raz kolejny zmianami formy i klimatu, bowiem w końcówce mamy prawie że crimsonowskie, zapętlone soundscapes. Trzeci z premierowych kawałków następuje zaraz potem – „Murder the Future” to fragment współtworzony przez Michała Śliwę i Willa Brooksa i chyba dotąd najbardziej odjechany twór firmowany przez EOY. I właśnie ten numer jest taką introdukcją dla długaśnej części z remiksami dokonanymi przez różnych, na ogół znanych artystów, producentów czy muzyków. Właściwie w każdym z nich dzieją się różne dziwne rzeczy i jednocześnie jest to taka jakby całość ukazująca dokonania ECHOES OF YUL nasycone stylem danego autora remiksu. Bardzo przestrzennie, z delikatnymi bitami prezentuje się remiks „The Message” niejakiego Stendeka, w klimaty industrialno – transowe wchodzi wersja „The Stand” przygotowana przez cenionego gitarzystę i producenta Jamesa Plotkina ( OLD, SCORN, KHANATE), a prawdziwym zaskoczeniem jest rapowany wokal w „The Mission” przetworzonym przez bliżej mi nieznane przedsięwzięcie (DJa?) Iconaclass (McDalek). Co ciekawe, nawet ten przeskok stylistyczny nie gryzie się z dźwiękami w tle i pozostałymi kompozycjami zawartymi na tym albumie. Dużo ciekawego dzieje się w „Cold Ground”, przy którym dłubał znany nie tylko w Stanach Steve Austin z TODAY IS THE DAY, sami muzycy ECHOES OF YUL podjęli się remiksu „Last”, który brzmi tu nieco inaczej niż w wersji z albumu „Cold Ground”, chociaż charakterystyczny, orientalny motyw pozostał praktycznie niezmieniony, a prawdziwymi perełkami są „The Tenant” przerobiony przez Maćka Szymczuka w jego eteryczny, ale i niepokojący sposób oraz awangardowa wersja „Down Deal Load” dokonana przez Marchoffa z DIFFERENT STATE, która brzmi jak… DIFFERENT STATE z najlepszych płyt. Na końcu mamy jeszcze jeden premierowy kawałek Michała Śliwy i Jarka Leśkiewicza pt. „Ecclesiastes” – dość spokojny, oparty na drone’owo – ambientowej fakturze. Ogółem pozycja godna uwagi, ale zdecydowanie dla poszukujących czegoś innego niż tylko ciężkich gitar i apokaliptycznego klimatu. Wydanie jak zawsze interesujące – tym razem w ecopacku, który ma jedną wadę, że trudno wyciąga się z niego srebrną blaszkę i nie jest trudno uszkodzić przy tym tekturowe opakowanie.

Masterful Magazine:
TO zawsze było obecne w muzyce Echoes of Yul. Nie zawsze intensywne i nachalne. Czasami zaszyte, przyczajone w cieniu, ale było. Na “Tether” niewiele się zmieniło. Choć to specyficzne wydawnictwo, napięcie o różnym natężeniu towarzyszące dźwiękom w mniej lub bardziej oczywistej formie pozostało. Zaczyna się znajomo. Trzy premierowe kompozycje to kontynuacja dotychczasowej linii programowej. Być może nie jest tak ciężko i riffowo jak na “Cold Ground”, ale o sielance nie ma mowy. Szczególnie podoba mi się drugi w kolejności “Guess”. Utwór nie jednowymiarowy, chwilami zaskakujący szeroką paletą barw, lecz mimo tego niezmiennie niepokojący. Moim zdaniem jedna z najlepszych kompozycji w dotychczasowym dorobku zespołu. Echoes of Yul każdym kolejnym dźwiękiem stopniowo i płynnie wprowadza słuchacza do zasadniczej części płyty, czyli remixów własnych utworów wykonanych przez innych wykonawców. No i zaczyna się. Wypadałoby przeanalizować każdy kolejny utwór na płycie ponieważ wszyscy biorący udział w tym przedsięwzięciu wnieśli do muzyki Echoes of Yul swój niebagatelny wkład własny. Ja jednak poprzestanę na mniej wnikliwej charakterystyce. “Tether” pomimo zaangażowania w jej powstanie grupy niezależnie pracujących muzyków broni się jako całość i to jest w moim mniemaniu jeden z najważniejszych atutów wydawnictwa. Dźwięki płyną, kołyszą, piętrzą się, burzą, chwilami występują z brzegów by po chwili tonować emocje. Każdy z utworów został mocno przearanżowany przez swojego wykonawcę. Niezmienne pozostało to, co najważniejsze, czyli niepokojące oblicze muzyki Echoes of Yul. Można powiedzieć, że pozostał szkielet na bazie którego każdy z twórców odjechał w swój świat. Jacyś faworyci? Ciężko typować konkretne wykonanie, ponieważ “Tether” to mimo wszystko treść spójna. Na upartego wyróżnię jednak piękny, rozciągnięty w czasie, konsekwentnie rozwijający się pomimo wielu zwrotów akcji “The Stand” w wykonaniu Jamesa Plotkina. Nie sposób nie zwrócić uwagi także na anty melodyczny i boleśnie wykręcony “Cold Ground”. Moim prywatnym zaskoczeniem nr 1 jest jednak “The Mission” wciśnięty w schemat zwrotka-refren, w którym na dodatek rapuje sobie niejaki MC Dälek. O dziwo Echoes of Yul w takiej wersji nie gryzie. Wręcz przeciwnie, tego typu rodzynek umieszczony w połowie płyty resetuje umysł i odświeża spojrzenie. Zresztą blisko osiemdziesiąt minut spędzonych w towarzystwie muzyki niełatwej o niekoniecznie radosnym wydźwięku gwarantuje reset totalny.